Po prawdzie tytuł mija się z prawdą, do Bieszczad mam 400 km i jakieś 6,5h jazdy samochodem 🙂 ale idea pasuje. Zwiałam ze stolicy na wieś i nie żałuję, oj nie! No sami zobaczcie, dla takiego widoczku można przecierpieć brak komunikacji miejskiej, sklepy zamykane o 18:00 i okresowe zasmradzanie okolicy diabli wiedzą czym (podejrzewam próby broni biologicznej albo jakiś sabotaż kurczaków).

Co ja tu w ogóle robię? W pewnym momencie życia doszłam do wniosku, że dość. Nie jestem stworzona do pracy przy biurku, klepania całymi dniami cyferek w Excelu i kładzenia uszu po sobie przed każdym gościem w garniturze. Praca w zamkniętym pudełku, ze sztucznym powietrzem, sztucznym światłem, sztucznym jedzeniem i sztucznym uśmiechem przestała mnie satysfakcjonować. Nie rozwijałam się, a zastój to jedna z gorszych rzeczy jakie mogą spotkać człowieka. Biurko zarzucałam ciągle nowymi projektami torebek na które nie miałam czasu, zwierzątkami origami i miliardem kolorowych karteczek z bliżej nieokreślonymi bazgrołami. Ta cała kreatywność, pomysły, energia, chęć zrobienia czegoś własnymi rękoma powoli wylewała się ze mnie. W głowie zaczęła kiełkować nieśmiało myśl o własnym miejscu na Ziemi gdzie byłabym sobie panem, gdzie realizowałabym swoje pomysły, mogła podjąć się najbardziej szalonych wyzwań (czyt. ostatnie zamówienia specjalne LARP  ). Dostałam wtedy ogromne wsparcie i solidnego kopa w tyłek od Męża Szanownego i tak kroczek za kroczkiem, wylądowałam z wnioskiem o dotację UE w odpowiednim urzędzie. Nie będę pisała, że było łatwo i cukierkowo, bo nie było ale nagle okazało się, że mam wokół siebie masę ludzi, którzy po ludzku chcą pomóc. Było warto! Naprawdę! Teraz jestem tutaj, w miejscu które mogę dumnie nazwać Moją Pracownią i czuję się jakbym wygrała na loterii. Uwielbiam tutaj każdy kąt i przedmiot, od nowiutkiej i pachnącej oliwą maszyny, poprzez wiekowe meble z historią, aż do starutkiej i trzeszczącej podłogi wiecznie zasypanej ścinkami skór (serio, sprzątanie to Syzyfowa praca, ja nie potrafię pracować w porządku). W Pracowni pachnie skórą, słońcem i po prostu optymizmem.

To tutaj powstają projekty, które chcę żebyście pokochali tak samo jak ja. Tutaj wybieram każdy kolejny krok, fason, kolor i strukturę skóry, okucia, nici i każdy jeden element z których składa się spełnienie mojego i Twojego marzenia 🙂 …ah i nigdy nie jest tak samo, bo przecież powtarzalność to nuda.

 

A żeby nie było, że samą pracą człowiek żyje. Przy dźwiękach ulubionej muzyki, z kubkiem świeżo zaparzonej kawy w dłoni siadam na kanapie i po prostu cieszę się życiem.

Warto zwolnić, pomyśleć o sobie i spróbować zrealizować najśmielsze pomysły. Bo kiedy jak nie teraz?

Z tym jakże górnolotnym wpisem 🙂 życzę Wam udanego piątku i spokoju ducha.

Partasza